Całe Łużyce aż zaniemówiły z wrażenia, gdy siostra Benedykta Waurick, przełożona klasztoru St. Marienstern w łużyckim Pancice-Kukow (Panschwitz-Kuckau) wywiesiła pouczenie, że podczas zajęć służbowych w Domu Opieki Społecznej obowiązującym językiem jest niemiecki, a niezastosowanie się do tego polecenia spowoduje wyciągnięcie konsekwencji pracowniczych. Zakaz brzmiał twardo - tak, jak język niemiecki, w którym został wydany. 

Od blisko dwóch lat zakaz używania języka serbołużyckiego jest stanowczo egzekwowany, mimo wielokrotnych protestów mniejszości serbołużyckiej, a nawet interpelacji posłów na forum saksońskiego Landtagu. Teraz naruszanie praw mniejszości nabrało europejskiego wymiaru - w sprawie łamania przez Niemcy konstytucji, gwarantującej prawa mniejszości interpeluje dolnośląski eurodeputowany Sylwester Chruszcz, który ma swoje biuro w Budziszynie. 

Chruszcz podczas inauguracji funkcjonowania swej budziszyńskiej placówki informował, że będzie bacznie obserwował stosunek państwa niemieckiego do mniejszości serbołużyckiej. 

Nie przypuszczał jednak, że będzie musiał interweniować aż tak często. Dopiero co, wraz z czeskim eurodeputowanym Jaromirem Kohlickiem, który również ma biuro poselskie w Budziszynie, zwracali w Parlamencie Europejskim uwagę na likwidację klas w serbołużyckich szkołach, choć objęte są one programem rewitalizacji języka. A teraz ta sprawa formalnego zakazu, wydanego w Panschwitz-Kuckau. Siostry w klasztorze milczą od dziś. Za to w 60-tysięcznej mniejszości narodowej zawrzało. 

I nie ma mocnych 

- Sprawa ciągnie się od listopada 2003 roku i nie ma mocnych na kierownictwo domu opieki nad niepełnosprawnymi - mówi Robert Brytan, działacz Domowiny, serbołużyckiego stowarzyszenia mniejszości narodowej i szef biura polskiego eurodeputowanego.

Maria Martha Heim to dom opieki nad niepełnosprawnymi przy klasztorze St. Marienstern w Panschwitz-Kuckau. Prowadzony jest przez siostry z żeńskiego zakonu Cystersów, ale nadzorowany przez niemieckie kierownictwo. Ale to przełożona klasztoru St. Marienstern, nawiasem mówiąc, Serbołużyczanka z pochodzenia - wydala zakaz używania języka. 

- Została zmuszona do wydania tej instrukcji pod naciskiem niemieckiego kierownictwa - twierdzi Robert Brytan. 

Sprawa zrobiła się głośna i wywołała powszechne protesty mniejszości serbołużyckiej, zwłaszcza że niemieckie kierownictwo ośrodka tłumaczyło ten zakaz troską o dobro niepełnosprawnych oraz niemówiących po serbołużycku pracowników placówki. 

Juri Brezan, nestor pisarzy serbołużyckich: - Rozmawianie po serbołużycku w miejscu pracy to nasze prawo i musi być respektowane. Ten zakaz jest sprzeczny z prawem obowiązującym w Saksonii i jaskrawym naruszeniem praw mniejszości. Bjarnat Cyż, kierownik Związku Serbołużyczan Domowina uważa, że to bardzo niebezpieczny precedens. 

Podobne wątpliwości mieli deputowani do Landtagu. W Parlamencie Kraju Saksonii w tej sprawie interweniowała wiceprzewodnicząca Landtagu Saksonii, Regina Schulz, oraz serbołużycki poseł, Hajko Kozel. A oficjalny prostest w sprawie domu z Panschwitz-Kuckau do Ministerstwa Kultury Saksonii wystosowała Domowina. Na odpowiedź przyszło im czekać grubo ponad pół roku. 

Kto tu wpuścił dziennikarzy? 

Poważniejszy efekt przyniosły oficjalne protesty, podpisane w sierpniu ub. roku przez blisko 50 uczestników Międzynarodowego Kursu Języka Serbołużyckiego. Slawiści z Polski, Czech, Niemiec, Słowacji, Macedonii, Bułgarii, Holandii, Wielkiej Brytanii, Japonii, USA, Finlandii i Włoch przez dwa tygodnie szlifowali w Budziszynie znajomość języka górno- i dolnołużyckiego. Na koniec kursu napisali: "Zakaz używania języka serbołużyckiego to złamanie praw wynikających z konstytucji i prawa międzynarodowego, a skandaliczne straszenie służbowymi konsekwencjami narusza prawa człowieka". 

Na ten list prostestacyjny uwagę opinii publicznej zwróciła demonstracja na dziedzińcu klasztoru podczas Dni Młodzieży Serbołużyckiej. Była spektakularną akcją i zwabiła niemieckie media, w tym największy dziennik "Bild", który napisał o sprawie. 

Siostra Benedykta Waurick, która niespełna dwa miesiące wcześniej znów pisemnie przypomniała o zakazie, opatrując go dodatkowo informacją o konsekwencjach grożących za jego złamanie, wyjaśniała reporterom ten nie - jak podkreślała - zakaz, ale zalecenie, z troską o ponad 90 swoich podopiecznych w domu opieki, z których tylko jedna osoba rozumie serbołużycki. 

- To my jesteśmy dla nich, a nie oni dla nas - mówiła reporterowi "Sachsische Zeitung". 

Efekt był taki, że po publikacjach kierownictwo domu pomocy wydało kolejny zakaz - tym razem zabroniono mediom wstępu na teren klasztoru. 

Mediacji w bulwersującej Serbołużyczan sprawie podjął się biskup Miśni Joachim Reinelt. Gdy i to nie przyniosło skutku, Domowina powiadomiła przełożonego sióstr, rzymskiego wice-generała zakonu Cystersów, ojca Meinarda Tomanna. 

- W odpowiedzi przesłał nam mailem wyjaśnienie: "Prawdopodobnie nie jest to dyskryminacja, tylko troska o niepełnosprawnych - mówi Brytan i zawiesza znacząco głos. - Może to stanowisko wynika z faktu, że ojciec Tomann jest Austriakiem? 

"Zakaz używania języka serboiuzyckiego to złamanie praw wynikających z konstytucji i prawa międzynarodowego, a skandaliczne straszenie służbowymi konsekwencjami narusza prawa człowieka" 

Ministerstwo nie widzi problemu 

W lutym br. Saksońskie Ministerstwo Kultury przeanalizowało wreszcie sprawę zakazu używania języka serbołużyckiego w należącym do klasztoru domu opieki Maria Martha Heim. 

Z pisemnej odpowiedzi dowiedzieliśmy się, że ministerstwo "nie widzi żadnych problemów prawnych w związku z wydanym zakazem (...) ale może to być problematyczne, jeśli chodzi o prawa mniejszości narodowych" - cytuje fragmenty pisma Robert Brytan. - Problematyczne!... 

A konstytucja kraju związkowego, gwarantująca nam swobodę używania języka?! 

Nie pomogły listy protestacyjne, na nic zdały się interwencje na szczeblu krajowym. 

Haiko Kozel, serbołużycki deputowany do saksońskiego Landtagu wierzy już tylko w Parlament Europejski. Ma nadzieję, że Wspólnota Europejska zagwarantuje konstytucyjne prawa Serbołużyczan. Zwłaszcza, że to kolejna już interpelacja polskiego i czeskiego europosła w sprawie Serbołużyczan. Pierwszą, wspólnie z posłem Kohlickiem, wystosował w marcu, po słynnej sprawie zamknięcia serbołużyckiej szkoły w Chróścicach w 2001 roku, porównywanej przez Serbołużyczan do zamknięcia polskiej szkoły we Wrześni. Rząd Saksonii postanowił nie dopuścić do utworzenia 5. klasy w serbołużyckich szkołach średnich w roku szkolnym 2005/2006, choć w dwóch z nich jest prowadzony program rewitalizacji zagrożonego języka serbołużyckiego oraz klasy z nauczaniem dwujęzycznym. Taką samą decyzję podjęto w sprawie serbołużyckiej szkoły średniej w Panschwitz-Kuckau na rok 2007/2008. 

Politycy w składzie porcelany 

"Postępowanie rządu Saksonii jest łamaniem porozumień międzynarodowych oraz traktatów i norm Unii Europejskiej o ochronie mniejszości narodowych, których sygnatariuszem jest Rząd Federalny Niemiec" - zawiadamiał wtedy poseł Sylwester Chruszcz. W podobny sposób sformułował swe wątpliwości i teraz, pytając dodatkowo: "Jak Komisja ocenia powyższy zakaz używania języka na tle europejskich norm ochrony etnicznych i narodowych mniejszości oraz europejskich wartości różnorodności kulturowej i językowej? Jak Komisja osądza dotychczasowe zachowanie rządu Saksonii w tej sprawie, szczególnie w dziedzinie wypełniania przez niego funkcji ochrony językowych i kulturalnych praw Serbołużyczan?". 

Zanim jednak interpelacja trafiła na forum Parlamentu, w klasztorze pojawiła się kolejna informacja, iż w świetle stanowiska ministerstwa kultury wcześniejsze instrukcje pozostają w mocy. 

- Dotychczas Łużyce słynęły z pięknej porcelany - zauważa Brytan. - Jeszcze kilka interpelacji na forum europejskim i będziemy znani bardziej z tej politycznej porcelany, która raz po raz roztrzaskuje się tu z hukiem. 

Tym bardziej, że Parlament nie zajął jeszcze stanowiska nawet w pierwszej sprawie.

Jarosław Kałucki

 

1999-2019 © Stowarzyszenie Polsko-Serbołużyckie PROLUSATIA
ontwerp en implementering: α CMa Σείριος